Per astra ad astra


23. PoWileńsko i PoPalmirowo.
30 październik 2007, 1:14 pm
Zaszufladkowany do: Prywata, Teoretycznie sensowne

Czyli jak było, gdy mnie nie było.

19 października, piątek.

Jak z motywem śmierci, to z motywem śmierci. Dzień rozpoczęty ‘Siódmą pieczęcią’. Szczerze mówiąc spodziewałam się lepszego filmu. Arcydzieło filmowe Bergmana nie zrobiło na mnie zbyt wielkiego wrażenia, lepsze filmy widziałam.
A, no i co za idiota podaje publiczności zakończenie przed rozpoczęciem filmu???

18:40 – Palmirowo -

Tzn. póki co pociągowo. Jakkolwiek (co wcale dobrze o mnie nie świadczy) już na początku byłam źle nastawiona do O. Bo ja nie lubię O. i co zrobić?
A wesoła gromadka nr. 8 nigdy tak ładnie nie stała w szyku, jak wtedy, gdy nie musieli. :)
Następnie okazało się że fakt rysowania portretów przez D. przyniósł pewne efekty, mimo, że za zdjęciem musiał sie nabiegać. D. portretował M. – najjaśniejsze włosy w szkole. A ta nasza rozmowa z D. była, jak się potem okazało miłym początkiem. Bo zielony jednoczy ^^
Aczkolwiek w tym momencie to my już idziemy. I idziemy, i idziemy sobie. Nieco ponad 10 km, a morale w armii trzeba utrzymywać, więc nieco zaniżyliśmy oficjalną odległość. Ha, pierwszy mały triumf nad O. Bo to ze mną szły dzieciaki. :) Aczkolwiek rola lokomotywy ciągnącej dwa lub więcej wagony męczy, to satysfakcja jest cholerna. No i K. to w sumie miła przylepa.
Nakazano mi produkować kanapki wraz z O. i Ka. Kanapki dla ponad 30 osób… ale dało się zrobić. Pogratulować O. pomysłu wzięcia karimaty. Ale dlaczego wszystkie zupki były pomidorowe? Jakkolwiek opłacało się zostać chwilę dłużej przy ogniu. Bo doczekałam się rosołku :)
A z tego syfu teraz trzeba było zrobić ładne ognisko harcerskie. Zadanie dla D. Ja wolę zrywać ze stogu siana młodych i wysłać ich w las. Będą tą pobudkę wspominać po latach, jak chyba każdy, kogo obudzili dla podobnych celów.
A nam pozostało czekać do 4 rano na nich.

20 października, sobota.

Ognisko w końcu dało się przekonać, ze ma się stać stożkiem, a nie kupką pospolitą. Jakkolwiek szukanie drewna w tym lesie było dziwne. Tzn. las był dziwny. Równy, z przejściami niczym korytarze. Brr… nie lubię takich lasów. Acz rozmawiało się miło.
O czwartej przyszli, czy zmienieni? Nie wiem. Jak dla mnie ci sami, co nie jest według mnie, dobrą oznaką.
Zmiana kolorków była w moich oczach nie do końca korzystna, jednak wyczekiwana zieleń satysfakcjonuje ogromnie.

Sen na sianie zakłócony dwa razy upadkami małych dziewczynek na moją miednicę. Auć!

Naprawa różowego placaka sznurkiem do snopowiązałki powiodła się. I ponoć uratowałam życie. Bo scyzorykiem się nie rzuca, drogi kolego!
I znowu trzeba iść.
Tym razem ciągnie się za nami siedem małych wagoników. I ciągłe “Druhu, druhno, kiedy postój?”.
Co nie zmienia faktu, że było to kilka godzin rozmowy z D. O wszystkim i niczym.
A Mały Romeo idzie w rytm imienia swojej Julii, ku radości reszty wesołej gromadki ^^ Tak, wiem, jestem wredna.
Mały Romeo w ramach odwetu stwierdza że ja i D. jesteśmy lepszą parą niż on i jego Julia.
W ramach odwetu stwierdzamy, ze Mały Romeo nie wie nic o przyjaźni.
Użycie przez D. słowa ‘przyjaźń’ pozytywnie mnie zadziwia.
Zielony jednoczy :)

Zlot. Dużo ludzi, za mało grochówki. Ale jest, i przy tym ciepła. Wesoła gromadka nie umie szanować swoich małych przyjaciół. :(
Ech, mówiłam, że z tą dwójką trzeba poczekać.
I mam wrażenie, ze N. mnie nie lubi.
No trudno się mówi, ciąć się nie będę.

Apel poległych.
Ogromna ilość krzyży odbija się w tle pochodni. Ciepłe światło łagodnie pada na ich tło. A trzy wysokie krzyże odważnie malują się w oddali na tle lasu, mówiąc “To tu!”
Ciekawe, czy wesoła gromadka to czuje? Oby tak.
Zuchy zasnęły.

My zasnęliśmy w autobusie.

A na przystanku czekało nas mocne starcie. Dostał głównie P. ale rola świadka tego wybitnie mi nie odpowiadała. Nie, nie ładnie jest pić proszę pani.
Zastanawiam się, co ją najbardziej zabolało, gdy patrzyła na nas? Ale kontrast był widoczny. Ona stara, pijana, z przegranym życiem – my młodzi, zdrowi, stojący na początku swojej drogi.

***

21 października, niedziela.

9:30 – Wileńsko.

I cóż w tym dziwnego że Z. odprowadził Krasnoluda? Przecież to wszyscy wiedzą od długiego czasu.
Grupa 12 osób, których wcale nie znam. Z. M. O. A. D. T. F. B. E. P. A. i ja.

Autobus. 8 godzin jazdy przed nami.
I wreszcie Wilno.
I Monika, któa przez tydzień będzie moimi kluczami i pewnikiem ciepłego posiłku i dachu nad głową.

22 października, poniedziałek.

Wycieczka do Szulej, czy jak to się tam czyta. W każdym razie ‘miasto’ w którym dość wyraźnie widoczne są ślady żydowskich społeczności.

Mamy najlepsze miejsca w autobusie i 20 zdjęć trolejbusu. Bo w Warszawie trolejbusów nie ma ^^

Niesamowite wrażenie robi ziemia zapadająca się pod nogami na starym żydowskim cmentarzu. Omszałe macewy skąpane w świetle złapanego na chwilę słońca.

Stara kobieta opowiada o tym, co widziała w czasie wojny. I jest bardzo zadowolona, że zechcieliśmy ją odwiedzić w jej małym drewnianym domku.
Kiedyś 50 % społeczności stanowili tutaj Żydzi, teraz żaden nie pozostał.

A my zaczynamy sobie przypominać antysemickie dowcipy.

Muzeum Szucośtam było nudne.

Pokaz tańców litewskich nr. 1.

W naszej łazience śmierdziało. I pewnie śmierdzi tam nadal ^^
A włoszki nie chciały sie z nami integrować. Trudno, ich strata.
Na wieczór wzięłyśmy ‘amfetaminę’ Dominiki, dla niepoznaki wyglądajacą jak guma do żucia :)

23 października, wtorek.

Góra krzyży. Robi wrażenie. Milion narzędzi tortur w jednym miejscu.

A potem obiad. Kurczak z ryżem, tak jak wczoraj.
Masowe mordy powoli przestają robić na mnie wrażenie. Niedobrze.

Cos w rodzaju ichnich Palmir ufundowane przez jakiegoś Szweda, z tego co pamiętam… Staruszek opowiada o tym, co tam widział z kolegą. Żydzi kładą kamienie.

Pokaz tańców litewskich nr. 2.
Plus litewskie jadło narodowe. Mniam.

Kolacyjka i oficjalnie lulu spać.
Nieoficjalnie integracja wśród polska.

Wieczór przegadany z A. o wszystkim i niczym.
3 godziny silnej woli. Nie jest źle. ^^
Dupa, jest źle. Tzw. kac moralny.
Popracujemy nad tym.
Eh, co Witkacy robi z człowieka. ^^ ^^

‘Trochę kultury Witkacowej!
o.O? Mamy wyjąć blanty i zacząć jarać?…. Ogarnij się dziewczyno!’

24 października, środa.

O. gada stanowczo za dużo, a ja śpię w autobusie.
Nudny wykład w jakimś instytucie i muzeum litewskie.
Mogli wybrać inne książki do chwalenie się niż “Historia Polski”
Ale włosi nie wiedzą, że Litwa i Polska były jednym państwem.

Obiad. – Kurczak z ryżem.

Obiad II – kurczak.

Nie lubię kurczaka ^^

Czas wolny, czyli najazd na Gras’as. Nie tylko ja nie lubię O.
T. zarywa B. jego klucze do domu.

25 października, czwartek.

Oficjalne rozpoczęcie konferencji.
Siedzimy w mega wypasionych fotelikach przy mega wypasionych biureczkach w ratuszu wileńskim i wraz z A. bazgrzemy po kartkach. Jedna żydówka zasnęła.
Wykłady w szkole. Nudne.
Zostałam pomarańczką.
Są jeszcze jabłka i śliweczki.

Wycieczka do wileńskiego getta. Przewodnik Stefan jest Polakiem, co wiele ułatwia. Bezwstydnie śmiejemy sie z Judarock’u. Bo tam Hans gra na ckm-ie.
Nic tak nie robi z człowieka antysemity, jak te seminarium.
T. bolą plecy, a A. ma zabawę próbują mi zrobić zdjęcie. Ja mam zabawę uciekając przed tym.
Człowiek z wiekiem dziecinnieje. ^^

A wieczorem serenada nocna i spacer z Monika i A.

26 października, piątek.

Korki uliczne dosięgły też Wilno. Idziemy więc pieszo.
Muzeum żydowskie. To samo co wszędzie: statystyki i zdjęcia złych SS-manów.
Robimy plakat. Tzn. ‘robimy’. Ja rysuję, A. gra na mojej komórce. A reszta pracuje. Nie identyfikuję się z byciem pomarańczką.

No dobra, można się ruszyć. A. nie przypuszczał, że mogę rysować. Ponoć teraz plakat ładniej wygląda. Wygląda, jak wygląda i tyle. ^^

To po prostu inne plakaty nie wyglądają :)

Obiad. Z prezentem od kucharza.

Polska wycieczka po Wilnie. ‘Tu mieszkał Adam Mickiewicz’ hasłem przewodnim.

Czas wolny nocą. Pokaz świateł będący właściwie pokazem fajerwerków. Ale i tak ładne. Dym, światło i muzyka. Tak w trzech słowach.
Potem spacer z A. i naszymi kluczami.
A. twierdzi, ze chcę go zabić gumą do żucia.
Wydało się. Holocaust i WTC to moja wina.
Hehe. ]:-)<

Pół godziny czekania, a potem pizzeria bez pizzy o.O

27 października, sobota.

Piszemy list. Tzn. ‘piszemy’ bo ja z T. nic nie robimy, gdyż nam się nie chce. Krasnolud karze innym wciągnąć nas do pracy. Ale innym się nie chce.

Wystawa zdjęć.
Widziałam lepsze.

Zwiedzamy Ponary. Kolejne miejsce masowych mordów.
Ludzie tu ginęli, co nie przeszkadza jakiejś parze się obściskiwać. Zapraszam do Oświęcimia.

Obiad. Już nie kurczak z ryżem.
Zakończenie konferencji. Rąsia, klapa, goździk. Dostałam szalik.

A potem znowu Gras’as. Kto by przypuszczał, że z D. może być tak śmiesznie.
Kilka małych kartek i tyle radości.
A O. coś nie w sosie.

Żegnamy Włochów.

28 października, niedziela.

IX fort w Kownie. Córka więźnia opowiada nam o wszystkim. Ucieczka przy pomocy świdra i chleba. A wokoło zasieki z drutu.
Rocznica zamknięcia getta w Kownie została przeze mnie i A. doszczętnie olana. O my źli i niedobrzy, woleliśmy obejrzeć pomnik.
Krasnolud chyba choruje.

Obiad i pożegnanie Żydów.

Zwiedzanie Wilna part II.
Kościół Piotra i Pawła. Robi wrażenie.

Cmenatarz na Rossie nocą też.

Plac katedralny po raz ostatni. Ostatni wieczór z Moniką.

29 października, poniedziałek.

Utęskniony powrót do domu. 10 godzin w pociągu, z czego cztery ‘umilane’ przez biegające dzieci. Aj, jestem wredna… ale przynajmniej biegać przestały ^^

Dom.
Eż… nie lubię powrotów do domu ;/

No i znowu poziomki i trójka w rozszerzonej matematyce.

No trudno, ciąć sie nie będę, jakoś się ułoży, bo musi i już! Ot co!

A tak na marginesie dodam; że nie cieszy mnie powrót do szkoły ze względu na pewne K. co się za dużo uczy i naprzykrza niemiłosiernie; że lody truskawkowe z niektórymi są cholernie smaczne; że lubię jak faceci mówią do mnie ‘Ola’; że przeklinam teraz o wiele więcej i sie chwalić czym nie ma, ale fakt jest faktem; że za smak lodów czekoladowych z kimś to bym się nie obraziła, a myślałam, ze przeszło definitywnie, lecz póki co dostaje regularnie z glana po mordzie i stara się siedzieć cicho; że lodów truskawkowych nie można wciskać na siłę, bo się porzygać można; że wcale nie tęskniłam; że cholernie lubię czuć się ‘tą ważną’ zwłaszcza, gdy się idzie otoczoną wianuszkiem panów; że nie wiem czemu O., M., i Z. mimo, iż są w moim wieku wydawały mi się strasznie dziecinne i nie wiem, czy to moja czy ich wina; że dobrze zrobiłam, nie jadąc do Krakowa; że czasem lepiej się ugryźć w język; że też Cię kocham mamo :/ ; że panna z Gliwic to w sumie stara jest, ale wierzę w dobry gust, jeżeli chodzi o dobór partnerów do jedzenia lodów czekoladowych; że czasem za szybko nazywa się ludzi przyjaciółmi, dlatego teraz tak tego nie nazwę i że ja już kończę. :)