Doszłam do wniosku, że czytam strasznie płytkie lektury. Typowe czytadła dla mas. Pocieszające w tym wszystkim jest to, ze za 50 lat te czytadła będą arcydziełami, ale póki co nie reprezentują sobą aż takiej wagi. Ale cóż, przepraszam, jednak wolę Sapkowskiego od Słowackiego. Choć ten drugi Wielkim Poetą Był!, jak nauczał Bladaczka w gombrowiczowskiej Ferdydurke.
Jakkolwiek, co tu dużo kryć, nie przeczytałam Trylogii Sienkiewicza, na rzec tej Tolkiena, nie czytam współczesnych autorów, poza tymi naprawdę banalnymi.
Nie zachwycam sie i nie znam wierszy Herberta, Szymborskiej i Miłosza (ble… ). Wolę Christie i Bursę.
Ale nie cierpię wspaniałego Białoszewskiego.
Nie przeczytałam Klubu Pickwicka ani Ulissesa.
I tak, lubię Harrego Pottera.
Niziurski, tak czemu nie. Różewicz? Dziękuję.
Znam My, dzieci z dworca ZOO. I Dzienniki Kurta Cobaina. Oba prawie na pamięć. Nie sięgnęłam Mrożka.
I, poza tym, chyba niewiele mogę powiedzieć o tzw. współczesnej literaturze.
Z prostej przyczyny.
Bo jej nie znam.
Ale czy to naprawdę AŻ tak źle?