Każdy z nas, jestem tego w stu procentach pewna, zna pewną dwudziestokilkuletnią blondynkę śpiewającą w zespole Virgin i z uwielbieniem używającą wulgarnego słownictwa. Dorota Rabczewska, znana bardziej jako Doda, to postać, która jest. Jest w telewizji, jest w gazetach, jest w Internecie, mimo, że nie robi nic wielkiego. Przepraszam, jeśli urażę tutaj któregoś z fanów Dody, ale według mnie jej muzyka jest marnym zbiorem przypadkowych dźwięków, a teksty mają w sobie głębię niewiele większą niż ta, jaką posiada widelec czy tortownica. W porównaniu do postaci takich jak Chopin, Eric Clapton, Jimi Hendrix lub zespół Pink Floyd, pani Doda nie reprezentuje sobą, w moim odczuciu, nic. Nie wniosła żadnych nowych prądów do polskiej muzyki, nie odnowiła ani jednego dawnego nurtu, po prostu śpiewa sobie marną, popową muzyczkę. Więc dlaczego jest taka sławna? Dlaczego każdy ją zna, wie, jak wygląda, a niektórzy zapytani o Pink Floyd, pytają kto to?
Bo Doda szokuje.
Pokazuje język, rzuca wulgaryzmami, dba, by brukowce nie zapomniały o jej istnieniu. I tym prostym sposobem jest ciągle obecna w naszej świadomości. Ot, i cała filozofia.
Jednak, mimo że Dorota jest inteligentną osobą (ponoć należy do Mensy), na to, że droga na pierwsze strony gazet wiedzie przez szokowanie publiki nie wpadła jako pierwsza. Zapewne już starożytni o tym wiedzieli, jednak według mnie mistrzem otrzymywania laurów za, w sumie marną robotę, był Witkacy. Jego prace nie przedstawiają sobą wielkiej wartości artystycznej, nawet jego ojciec malował lepiej, jednak Stanisław Ignacy dorobił się sławy o wiele większej niż jego tata. Osobiście nie znam żadnej szkoły nazwanej imieniem Stanisława Witkiewicza, a liceum Witkacego w Warszawie jest i ma się całkiem dobrze. Nie ukrywajmy, nasz patron był Dodą swoich czasów i jak widać, jego sława, oparta na zadziwianiu, przetrwała do dziś.
Czy Witkiewicz szokował inaczej niż pani Rabczewska? Niekoniecznie. Zdziwienie wzbudzał, podobnie jak ona, m. in. użyciem wulgaryzmów. Co prawda używał mniej „mięsa” niż Doda, jednak w jego czasach nawet mała ilość wzbudzała oburzenie. Nie przeszkodziło to jednak, żeby Witkacy stwierdził, że: „Wszystko jest gównem – to znaczy wszystko poza filozofią. Bez niej byłbym zwykłym gówniarzem”[1], albo nazwał prokuratora występującego w jego dramacie „Szewcy” Robertem Scurvym. Jednak, o ile w przypadku Doroty, jej słownictwo świadczy chwilami o zwyczajnym braku kultury, to Witkiewicz dobierał słowa tak, by nie ośmieszyć siebie, co w obecnych czasach jest umiejętnością, jakiej brakuje wielu osobom. Politykom, piosenkarzom, dziennikarzom, stolarzom itp., którzy chwilami nawet nie wiedzą, z jakiego powodu publiczność wybucha salwą śmiechu po ich wypowiedzi.
Co jeszcze robił Stanisław Ignacy by istnieć w świadomości ówczesnych elit? M. in. otwarcie przyznawał się do eksperymentowania z narkotykami i środkami odurzającymi. Podpisywał swoje obrazy charakterystycznymi skrótami oznaczającymi ilość i rodzaj zażytej przez niego używki. Podobnie zachowywało się wielu po nim. Kurt Cobain, Jim Morrison, Jimi Hendrix lub nawet Amy Winehouse. Gdyby nie narkotyki, ich sława byłaby o wiele mniejsza. Nie wiem dlaczego, ale społeczeństwo reaguje przeogromną ciekawością na ćpuna. Witkacy to wykorzystał, a powstały wokół niego obraz alkoholika i narkomana tylko przyciągał odbiorców jego sztuki.
Jego obrazy bądź książki zdobywały sobie rzesze odbiorców nie tyle treścią, ile formą (do czystości której, wszak artysta dążył). Na portrecie Neny Stachurskiej, który obecnie znajduję się w Muzeum Tatrzańskim, trudno się dopatrzyć prawdziwych i wiernych rysów pierwowzoru. Jednak tłum barw i kształtów przykuwa naszą uwagę, odwracając ją jednocześnie od zgodności dzieła z oryginałem. Trudno stwierdzić, co przedstawia seria portretów Janiny Turowskiej-Leszczyńskiej. Wprawne oko na części z nich ujrzy twarz kobiecą, jednak w sumie jest to plątanina kolorowych kresek na poziomie wychowanków przeciętnego przedszkola. Za którą to plątaninę, bogaci ludzie płacą bajońskie sumy, gdyż krytycy sztuki, nie patrzący na treść, a na formę, powiedzieli im, że to jest dzieło sztuki.
Witkiewicz stał się w pewnym momencie „osobą modną”. Dobrze postrzegane w gronie elit było posiadanie portretu zrobionego przez niego. Można powiedzieć, że artysta żerował na swojej opinii. Artystyczna wartość prac Witkacego jest, według mnie, naprawdę znikoma. W jego czasach tworzyło wielu lepszych malarzy, pisarzy i fotografów, jednak to właśnie Stanisław Ignacy Witkiewicz przeszedł do historii. To, że nasz patron stał się tak sławną postacią, wydaje mi się nie być wcale wynikiem jego talentu, lecz charyzmy, osobowości oraz umiejętności marketingowych. Pojawia się tutaj pytanie, czy prawdziwym artystą jest człowiek, który po prostu umie malować lub grać, czy ktoś, kto może nie jest tak utalentowany, ale potrafi pokazać światu siebie? Dla mnie, na o wiele większe uznanie zasługuje ten drugi. Dlatego nie zdziwi mnie to, że za dziesięć lat ludzie częściej będą wspominać Dodę, niż młodą utalentowaną aktorkę grającą w „Teatrze Wielkim Wsi Małej”. I nie dziwi mnie też to, że moja szkoła nosi imię Witkacego, a nie drobnego, acz utalentowanego, pisarza z lat dwudziestych.
[1] Cytat zaczerpnięty z witryny http://www.witkacy.republika.pl/filozof.htm ( z dnia 21 III 2008 r.)
Dostałam za to długopis, kubek i przypinkę, to się pochwalić mogę. O!